foto
Źródło: Pixabay
Noc była koszmarem. Jak wszystkie ostatnio. Zawsze noc jest najgorsza. Fizycznie jest stabilnie, ale reszta leży. Leży, umiera, krwawi, cierpi. Chciałam uciec i schować się przed terapią, ale nie mogę, bo mnie opuści przyjaciółka. Siedziałam u psycholog na kanapie i się rozpadałam z każdą minutą. Pokrótce jej opowiedziałam co się działo przez ostatnie tygodnie przez tego gnoja / z tym gnojem / zwał jak zwał. Mam tak silne załamanie nerwowe, że nawet się nie rozpłakałam, nie ma już nawet siły na łzy.
Spędziłam trochę czasu z przyjaciółką i to był wspaniały czas. Walczę, żeby nie odeszła. Boję się, ważę słowa, przeraża mnie wizja świata bez niej. Nie chcę takiego świata. Wierzę, że nie ma już do mnie sił, rozumiem i staram się.
Po powrocie do domu zaszyłam się pod kołdrą, bo na nic innego nie mam ani siły ani ochoty. Gapię się w ścianę, ignoruję telefon, przytulam psa i próbuję nie rozpaść się już do końca chociaż nie wiem czy to już nie nastąpiło. Nigdy jeszcze nie miałam w życiu takiego piekła. Nigdy. Jakoś przetrwam, mam dla kogo.