
Źródło: Pixabay
Dzień dobry.
Dużo złego się dzisiaj wydarzyło. Bardzo dużo. Muszę się z tym zmierzyć po pracy, więc wpis edytuję po północy jak wrócę do domu.
00:00
No więc tak.. Bardzo źle dzisiaj spałam. Zasnęłam totalnie nad ranem i miałam kosmiczny problem z podniesieniem się z łóżka. Całe moje ciało krzyczało o jeszcze trochę snu, ale budzik był bezlitosny i trzeba było wstać ogarnąć siebie i życie. Gdy tak ogarniałam siebie i swoje życie zadzwonił On. Nie chciałam odbierać, bo wkurwiły mnie ostatnie dni milczenia, ale jak zwykle skapitulowałam. Przywitał mnie w słuchawce tak rozpaczliwy płacz, że mój mózg zrobił fikołka, bo nie wiedziałam co się dzieje. W całym tym skowycie rozpaczy zrozumiałam tyle, że jest po pogrzebie córki i jest bardzo źle z Nim. Aż mi tchu zabrakło. 10 lat dziewczynka. Twardo jednak stałam na nogach, byłam, wspierałam, słuchałam. Umówiliśmy się, że wieczorem po mojej pracy zawiozę go do szpitala psychiatrycznego, bo jest źle.
Taka rozjebana psychicznie pojechałam na terapię, bo akurat miałam termin i na terapii rozpadłam się kompletnie. Nie dlatego, że ta dziewczynka była mi bliska czy dlatego, że mam nadmiar empatii [bo mam], ale dlatego, że Jego rozpacz przypomniała mi moją rozpacz. A mimo upływu lat to wciąż są nie do końca zabliźnione rany. Bo czy można tak naprawdę pogodzić się z odejściem najważniejszego człowieka na świecie? Mam wątpliwość.. No więc ja naczelny twardziel RP pierdolnęłam tyle łez na terapii jak chyba jeszcze nigdy. I nie, nie czuję magii oczyszczenia, czuję się jak nieszczęśliwe, zagubione gówno.
Pojechałam do pracy i zrobiłam to, co umiem najlepiej i rzuciłam się w jej wir. Spoiler alert: zrobiłam 22k kroków. Jak chillowałam na przerwie przyszedł do mnie kierownik magazynu i wyraził wątpliwość czy dowieziemy wynik, wiec ja ze swoją służbową pewnością siebie powiedziałam mu, że stanę na głowie, ale ten wynik mu dzisiaj dowiozę. I tak, dowiozłam. Jestem dobra w to, co robię. Mimo wszystko postanowiłam jeszcze ten wynik dokręcić i wraz z częścią zespołu zostaliśmy po godzinach. To mój trzeci dzień w pracy po powrocie z półrocznego zwolnienia, a ja już walę nadgodziny i jutro też już mam rozpisane nadgodziny. Nieźle zaczynam. Ciężko mi się mimo wszystko pracowało, bo co chwilę się rozpadałam na części pierwsze i zbierałam do kupy i tak w kółko. Mimo wszystko wiem, że gdybym siedziała w domu to byłaby tragedia, a tak byłam w swoim żywiole: totalny ogień na magazynie, ogarnianie chaosu i krnąbrnych pracowników i realizacja celów, które są przede mną stawiane. I ta satysfakcja, że znów dowiozłam. Alleluja. Mniej więcej od 21:30 próbowałam się dodzwonić do Niego, ale telefon nie odpowiada. Wracałam do domu i o 23 wykonałam ostatni telefon. Nic więcej zrobić nie mogę. Nie wiem co mam myśleć i czuć. Mój wrodzony katastrofizm podpowiada mi najgorsze scenariusze, ale staram się im nie ulegać, bo zwariuję. Zakochałam się w gościu, który funduje mi tak ciężkie stany emocjonalne, że jednocześnie chcę go przytulić i zabić. I już któryś tydzień próbuję zerwać ten kontakt i nic z tego nie wychodzi, bo co chwilę pojawia się między nami jakaś bomba. W takich chwilach jak ta aktualnie mam ochotę wyjąć sobie mózg, bo mam po prostu dość. I oczywiście zgodnie z tradycją już się uruchomił szlak używkowy, ale nie uległam. Zostawiłam auto na parkingu, zabrałam psa na spacer i potulnie wróciłam do domu. Jestem zmęczona. Fizycznie i psychicznie. Wszystko to, co poskładałam w trakcie pobytu w szpitalu zaczyna pękać i strasznie mnie to wkurwia. I przeraża, bo wiem, gdzie byłam i wiem, gdzie nie chcę wracać.
Targa mną tyle uczuć, że pewnie znowu będę miała problemy ze snem i alleluja: po dniu nadgodzin przed dniem nadgodzin nie spać to jest totalna rewelacja.
Już sama nie wiem czy jest się o co modlić w tym całym rozpierdolu.
Do jutra.
🌸
Wszystko będzie całkiem całkiem