
Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Sylwester minął mi o tak o. Po 20 wpadł do mnie kumpel i oglądaliśmy jakieś tam pierdoły. O 1 poszliśmy na spacer z moim psem, bo już było cicho i pojechaliśmy na imprezę. Byłam trzeźwa. Jak na moją aktualną depresję to się nawet nieźle bawiłam. Chociaż bawiłam to chyba złe słowo. Po prostu byłam, trwałam, rozmawiałam i się nie rozpadłam. Lubię sylwestra. Tak jak pisałam wczoraj, to dla mnie zawsze nowa nadzieja, nowa wiara, nowy start. Nie lubię sylwestra, bo to rocznica śmierci mojej bliskiej kumpeli, która się odjebała w sylwestra, ale to już inny temat.
Kumpel nad ranem odwiózł mnie do domu i pod klatką stał On. I mnie zmroziło. Chciał gadać, a ja zamiast kazać mu wypierdalać to go wpuściłam do domu, bo przecież nie będę urządzać dyskusji pod klatką. On nie chciał, on się zakochał, on spanikował, on już nie będzie, on przeprasza, to się więcej nie powtórzy, bla, bla, bla. Poszliśmy do łóżka i kazałam mu wypierdalać. Prosił, przepraszał, więc mu powiedziałam zgodnie z tym co czuję, że jeśli jeszcze raz się zbliży do mnie, mojego bloku, moich bliskich to go zakopię w lesie. Naćpałam, się, wypiłam kilka drinków i poszłam spać.
Wstałam w paskudnym nastroju. Trzeźwa. Wysypałam wszystkie proszki i tabletki do kibla, wylałam cały alkohol. Dość. Po prostu dość. Poszłam do kościoła. Nie znalazłam tam ukojenia. A szukałam. Pojechałam na cmentarz do kumpeli, bo nie byłam wczoraj w rocznicę jej śmierci, więc nadrobiłam dzisiaj. Popłakałam się. Zapaliłam świeczkę, pogadałam z nią w głowie, bo nadal mi jej brakuje i mam w sobie silną refleksję, że moja przyjaciółka nie zasługuje na to, żeby ze mną gadać w takich miejscach.
Popracowałam jakieś 2h i w sumie resztę dnia po prostu trwałam. To chyba najlepsze określenie. Zamówiłam sobie jakieś azjatyckie żarcie, ale kompletnie nie mam apetytu. Zjadłam zupę, a makaron najwyżej zjem jutro przed pracą bądź w pracy.
Nowy rok, nowe rozdanie. Piłka po mojej stronie i nie spierdolę jej. Jutro idę do lekarza, żeby ustabilizować farmakologię, a potem idę z ziomkiem na łyżwy. Z ziomkiem i jego córką. Będzie spoko, uwielbiam łyżwy, a wieki na nich nie byłam, bo wiecznie używki albo praca ważniejsza. A tak sobie przed pracą godzinkę cardio na lodzie pyknę. Jakoś poukładam to życie. Powoli, klocek po klocku, ale poukładam. Mam dla kogo. Kocham moich bliskich, oni kochają mnie, mam kurewskie szczęście i nie zmarnuję tego.
Do jutra.
Poukładasz, trzymam kciuki